Pewnie spodziewacie się opowiadania o wielkiej i wiecznej miłości, niestety muszę was rozczarować. Najwidoczniej takie szczęście nigdy nie było mi pisane... Wreszcie spotkałam kogoś, kto wydobył ze mnie wszystko co dobre, przy kim potrafiłam okazywać emocje, kto w każdej chwili potrafił wywołać na mojej twarzy uśmiech, kogo pokochałam. I tak szybko, jak go pokochałam, tak szybko go straciłam.
**************
Jestem nadmiernie rozpieszczoną przez ojca dziewczyną - tak twierdzi moja babcia.
Jestem zgorzkniałą, nieczułą diablicą, której z nadmiaru pieniędzy pomieszało się w głowie - tak uważa połowa ludzi z mojego sąsiedztwa. No dobra, może trochę więcej niż połowa.
Jestem biednym dzieckiem, które straciło w bardzo młodym wieku matkę i należy mnie wspierać - tak mówi jedna z moich byłych nauczycielek.
Więc kim jestem? Jestem Rosalia. Zgorzkniała, nieczuła i egoistyczna diablica, wyrzucona z jednej z najbardziej popularnych szkół magii dla dziewcząt. Do tej pory nie rozumiem, jak można z tak błahego powodu wyrzucić kogoś ze szkoły. Przecież tylko przefarbowałam Pannie Świętej Cnoty włosy. No halo! Turkusowy to nie aż taki brzydki kolor!
A może nawet dobrze, że to się stało? Nigdy nie czułam się w tamtym Zakonie Świętych Cnotek dobrze. Wiele nauczycieli kręciło z dezaprobatą głową, ilekroć widzieli mnie na korytarzu. Ich uwagę na pewno zwracał niecodzienny kolor włosów. Ot, kruczoczarne, kręcone pukle i lekkie pasemko koloru wściekłego granatu. Nic takiego. A! I jeszcze tatuaż wokół nadgarstka. Też nie jest to nic niespotykanego. A jednak sprawiało, że wszystkie, przykładnie uczesane w ciasne warkocze uczennice mierzyły mnie Wzrokiem Wiecznego Potępienia. I nie, nie zamierzałam się tego pasemka ani tatuażu pozbyć! Dla mnie to była i jest oznaka odrębności oraz cichego buntu, przeciwko tej niezdrowej doskonałości wszystkich uczennic i (pożal się Boże!) nauczycieli.
- Rosalio! Naprawdę musiałaś to zrobić teraz? - powiedział z wyrzutem ojciec, niespokojnie przechadzając się po pokoju. Powoli otrząsnęłam się z zamyślenia.
- Tato, nie tak nerwowo. Zaraz zrobisz w tej nieszczęsnej podłodze tunel - odpowiedziałam z pozornym spokojem. Wewnątrz trzęsłam się jak galareta.
- Nie zmieniaj tematu. Nie mam ochoty na żarty i ty też nie powinnaś...
- Ale... - próbowałam wtrącić.
- Nawet nie próbuj mi przerywać. Został ci zaledwie rok nauki, ale oczywiście musiałaś coś namieszać! - był do tego stopnia zdenerwowany, że ani razu na mnie nie spojrzał
- Nie moja wina, że ta jędza - w tym momencie spojrzał na mnie, a jego oczy ciskały błyskawice - Ykhmm... pani Profesor, znowu kazała mi napisać dwa zwoje karnego eseju! Przecież nic takiego nie zrobiłam!
Patrzyłam jak wolno osuwa się na zniszczony, skórzany fotel. Przetarł oczy dłonią i wpatrywał się w płomienie wesoło trzaskające w kominku. Ale nam nie było wesoło. Pracował od świtu do późnego wieczora i na twarzy można było zauważyć oznaki zmęczenia. Nieszczęsny jest los chirurga! Do tego dochodziła wieczna troska o mnie. Milczeliśmy przez dłuższą chwilę. Przywołał kubek z zimną już kawą.
- Wysłałem sowę do Albusa - mruknął jakby do siebie.
- Och, kolejny psycholog dziecięcy? - spytałam z nieukrywanym znużeniem. Od śmierci mamy spotkałam tyle psychologów, że straciłam rachubę. Jak można myśleć, że jakiś psycholog ukoi w cierpieniu? Żadnemu nie udało się wydobyć ze mnie ani jednego słówka. Każdy wychodził z naszego domu z uczuciem poniesionej klęski. Jednak nie był to kolejny specjalista.
- Jest dyrektorem w Hogwarcie. Ros, obiecaj mi, że nie będziesz już więcej sprawiać mi kłopotów. Mama chciała, żebym wychował cię jak najlepiej. Tyle zmieniło się po jej odejściu...
Na wspomnienie o matce stanęła mi wielka gula w gardle, ale nie popłynęły zdradzieckie łzy. Przez lata uczyłam się maskować wszelakie emocje, zachowywałam kamienną twarz, dlatego ludzie nazwali mnie dzieckiem bez serca. Tej, jakże cennej, umiejętności nie posiadał mój ojciec. Po raz kolejny przetarł oczy, tym razem ścierając łzy. Wolno wstałam z kanapy i ruszyłam w kierunku drzwi. Dotarłam do mojego pokoju i rzuciłam się na łóżko. Jeszcze do mnie nie docierało, że czeka mnie kolejny nowy początek.
- Tak mamo, postaram się zacząć od początku - wyszeptałam i niemal poczułam, jakby głaskała mnie po dłoni. Wcisnęłam głowę w poduszkę i zasnęłam.
- Och, naprawdę nie mogłaś przylecieć trochę później? - spytałam i ociężale wstałam z łóżka. Puk. Puk. Puk.
- Mel! - warknęłam - przecież cię widzę!
Trudno było jej nie zauważyć. Kruczoczarne pióra i zielono-brązowe oczy skutecznie wyróżniały ją spośród innych sów. Przekrzywiła głowę na bok i wpatrywała się we mnie specyficznym wzrokiem pełnym zaciekawienia. Właśnie ten gest sprawił, że pewnego pamiętnego dnia wybrałam właśnie ją. Byłam wtedy z mamą w sowiarni, na rogu jednej z mniej znanych ulic Pragi.
- Ros, a może ta? - spytała mnie mama, pokazując setną z kolei sowę, a ja po raz setny odpowiedziałam:
- Nie, nie, nie!
I wtedy dostrzegłam Mel. Przekrzywiłam delikatnie głowę na bok. Sowa zamrugała i też przekręciła główkę na bok. Podbiegłam do niej i pogłaskałam jej lśniące piórka.
Przez dobre 3 minuty siłowałam się z klamką od okna, klnąc jadowicie. Kiedy nareszcie udało mi się wpuścić Mel do środka i odwiązać zwój od jej nóżki, zauważyłam jeszcze świeżą pieczęć Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart.
- Rosalio! Naprawdę musiałaś to zrobić teraz? - powiedział z wyrzutem ojciec, niespokojnie przechadzając się po pokoju. Powoli otrząsnęłam się z zamyślenia.
- Tato, nie tak nerwowo. Zaraz zrobisz w tej nieszczęsnej podłodze tunel - odpowiedziałam z pozornym spokojem. Wewnątrz trzęsłam się jak galareta.
- Nie zmieniaj tematu. Nie mam ochoty na żarty i ty też nie powinnaś...
- Ale... - próbowałam wtrącić.
- Nawet nie próbuj mi przerywać. Został ci zaledwie rok nauki, ale oczywiście musiałaś coś namieszać! - był do tego stopnia zdenerwowany, że ani razu na mnie nie spojrzał
- Nie moja wina, że ta jędza - w tym momencie spojrzał na mnie, a jego oczy ciskały błyskawice - Ykhmm... pani Profesor, znowu kazała mi napisać dwa zwoje karnego eseju! Przecież nic takiego nie zrobiłam!
Patrzyłam jak wolno osuwa się na zniszczony, skórzany fotel. Przetarł oczy dłonią i wpatrywał się w płomienie wesoło trzaskające w kominku. Ale nam nie było wesoło. Pracował od świtu do późnego wieczora i na twarzy można było zauważyć oznaki zmęczenia. Nieszczęsny jest los chirurga! Do tego dochodziła wieczna troska o mnie. Milczeliśmy przez dłuższą chwilę. Przywołał kubek z zimną już kawą.
- Wysłałem sowę do Albusa - mruknął jakby do siebie.
- Och, kolejny psycholog dziecięcy? - spytałam z nieukrywanym znużeniem. Od śmierci mamy spotkałam tyle psychologów, że straciłam rachubę. Jak można myśleć, że jakiś psycholog ukoi w cierpieniu? Żadnemu nie udało się wydobyć ze mnie ani jednego słówka. Każdy wychodził z naszego domu z uczuciem poniesionej klęski. Jednak nie był to kolejny specjalista.
- Jest dyrektorem w Hogwarcie. Ros, obiecaj mi, że nie będziesz już więcej sprawiać mi kłopotów. Mama chciała, żebym wychował cię jak najlepiej. Tyle zmieniło się po jej odejściu...
Na wspomnienie o matce stanęła mi wielka gula w gardle, ale nie popłynęły zdradzieckie łzy. Przez lata uczyłam się maskować wszelakie emocje, zachowywałam kamienną twarz, dlatego ludzie nazwali mnie dzieckiem bez serca. Tej, jakże cennej, umiejętności nie posiadał mój ojciec. Po raz kolejny przetarł oczy, tym razem ścierając łzy. Wolno wstałam z kanapy i ruszyłam w kierunku drzwi. Dotarłam do mojego pokoju i rzuciłam się na łóżko. Jeszcze do mnie nie docierało, że czeka mnie kolejny nowy początek.
- Tak mamo, postaram się zacząć od początku - wyszeptałam i niemal poczułam, jakby głaskała mnie po dłoni. Wcisnęłam głowę w poduszkę i zasnęłam.
**************
Puk.Puk.Puk. Lekko podniosłam powiekę prawego oka.- Och, naprawdę nie mogłaś przylecieć trochę później? - spytałam i ociężale wstałam z łóżka. Puk. Puk. Puk.
- Mel! - warknęłam - przecież cię widzę!
Trudno było jej nie zauważyć. Kruczoczarne pióra i zielono-brązowe oczy skutecznie wyróżniały ją spośród innych sów. Przekrzywiła głowę na bok i wpatrywała się we mnie specyficznym wzrokiem pełnym zaciekawienia. Właśnie ten gest sprawił, że pewnego pamiętnego dnia wybrałam właśnie ją. Byłam wtedy z mamą w sowiarni, na rogu jednej z mniej znanych ulic Pragi.
- Ros, a może ta? - spytała mnie mama, pokazując setną z kolei sowę, a ja po raz setny odpowiedziałam:
- Nie, nie, nie!
I wtedy dostrzegłam Mel. Przekrzywiłam delikatnie głowę na bok. Sowa zamrugała i też przekręciła główkę na bok. Podbiegłam do niej i pogłaskałam jej lśniące piórka.
Przez dobre 3 minuty siłowałam się z klamką od okna, klnąc jadowicie. Kiedy nareszcie udało mi się wpuścić Mel do środka i odwiązać zwój od jej nóżki, zauważyłam jeszcze świeżą pieczęć Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart.
Uroczyście informujemy, że dnia 10.09.br panna Rosalia Black została przyjęta do Szkoły
Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Proszę o wstawienie się do siedziby dyrektora szkoły, Albusa Percivala Wulfryka Briana Dumbledora w celu uzgodnienia zakwaterowania do jednego z domów uczniowskich, dnia następnego. Niżej przedstawiamy pełną listę rzeczy i podręczników koniecznych do rozpoczęcia nauki w naszej szkole:
Po przeczytaniu tego wstępu, odłożyłam list na biurko i podeszłam do sowy. Wsypałam jej do miseczki trochę chrupek cukrowych. Ona spojrzała mi w oczy z wdzięcznością i wprost rzuciła się na jedzenie.
Bardzo fajnie zaczełaś i mam nadzieje , że będziesz pusać dalej :) .
OdpowiedzUsuń*pisać .
Usuń